Remont zrobiony czyli długi weekend na balkonie

Pocket

W jednym z poprzednich wpisów Sezon balkonowy 2018 plany przedstawiłam kilka założeń co do mojej balkonowej aktywności, jakich mam zamiar się trzymać w bieżącym sezonie. Z radością informuję, że jedno z nich (prawdopodobnie najłatwiejsze, ale to zawsze coś!) udało się już zrealizować. I to nawet – można powiedzieć – w 200%! Mianowicie remont balkonu. Oto krótka relacja :)

Początkowo planowałam odświeżyć osypującą się z tynku barierkę – parapet. Plan minimum – to już się nie nadawało do użytku, a już na pewno do upubliczniania w internetach…

Przy okazji miałam zamiar pomalować lekko łuszczące się z farby metalowe pręty i zmienić wykładzinę podłogową. Początek maja, jeszcze zanim na balkonie znajdą się rośliny, był ostatecznym terminem. I tak to wyglądało tuż przed rozpoczęciem prac:

Całkiem pusto, prawda? No przecież tylko przezimowałam kilka roślinek z zeszłego roku, coś niecoś już trzeba było posiać i… przynajmniej część tego wszystkiego musiałam czasowo przenieść do mieszkania. Zajęło pół największego pokoju :D

No to zaczynamy. Żeby było ładnie, to czasem musi być najpierw jeszcze gorzej niż było. Przy okazji odsłaniania kolejnych warstw farby w różnych kolorach – podróż sentymentalna. Wspomnienia balkonowe i nie tylko. Mieszkam tu od urodzenia… :)

Zrobiło się romantycznie, a tu szpachlówka do uzupełniania tynków gotowa. Do dzieła! Fajna zabawa :)

Idealnie równo nie będzie, ale i tak jestem z siebie dumna.

Wkrótce parapet oraz pręty pomalowane. Jak to możliwe, że nie zrobiłam zdjęcia?

Jest niby lepiej, ale niepokoi mnie złowrogo łuszcząca się farba na suficie. A może by tak już pomalować wszystko? I wtedy do akcji wkracza przyglądający się moim amatorskim wysiłkom brat. We dwójkę damy radę! I chyba męskiej ręki tu jednak trochę brakowało. A chłopak miał inne plany na długi weekend… Dzięki dobry człowieku!

Skrobanie sufitu poszło szybko, a ściany nie wydają się takie złe. Trzeba tylko usunąć brzydkie metalowe mocowanie po starej antenie tv, które ciągle włazi mi w kadr i psuje zdjęcia. I wtedy…

…no już trzeba zeskrobać wszystko, co odstaje, do końca. A końca początkowo nie widać. Z przeciwległą ścianką obchodzimy się wyjątkowo delikatnie – trzyma się.

Dzięki temu w tynkowaniu osiągam poziom niemal profesjonalny ;)

A potem już „tylko” malowanie. Mój nieoceniony pomocnik (czy to raczej ja byłam jego pomocnikiem?) uwinął się z tym tak sprawnie, że nie zdążyłam nawet zrobić zdjęć! Majowy weekend mija i balkon gotowy:

Acha, w międzyczasie zakup wykładziny na podłogę. Typu „trawka”, tak jak chciałam. Czy choć trochę przypomina tą prawdziwą na dole?

No to teraz można szaleć! Trzymając się oczywiście pozostałych założeń :)

Dobrze, to zaległości blogowe odrobione, wracam do sadzenia :)

Dodaj komentarz